20 stycznia 2017

O szaliku, katarze i tęsknocie za oczkami lewymi


Jakiś czas temu zrobiłam na drutach szalik ze wzoru No-Purl Ribbed Scarf (Purl Soho). Wykorzystałam Malabrigo Rios w pięknym morskim odcieniu Azules. Dobrze się splatało – wszystkie jak dotąd wypróbowane przez mnie wzory z tej strony są klarownie opisane. Szalik dostał mój znajomy i mam nadzieję, że jest z niego zadowolony.

Mając w pamięci przyjemną mięsistość tego wzoru oraz prostotę jego wykonania (czyt. nie wymagającą liczenia i wprowadzającą w przyjemny trans – co jest ważne po całym dniu pracy i przy dwójce dzieci), nie broniłam się zbytnio gdy koleżanka poprosiła mnie o taki sam szalik, ale w wersji kolorystycznej bardziej kobiecej. Wybór padł na Julie Asselin – Leizu Worsted w przepięknym odcieniu o niezbyt jednak malowniczej nazwie Shiitake (z całym szacunkiem, ale jak mix pudrowego różu, szarości, beżów i przydymionej lawendy może się kojarzyć z grzybem). Dlaczego włóczka tej marki? Bo jest absolutnie uzależniająca – miękka, nie gryząca, ciepła, w hipnotyzujących kolorach. Leizu Worsted zamówiłam po raz pierwszy – chciałam uzyskać podobny efekt jak przy użytym wcześniej Malabrigo Rios.

Moje odczucia.

Kolor. Matko Bosko ile odcieni miał pojedynczy kłębek! Łaziłam z robótką od okna do okna, w zależności od kąta padania światła szalik stawał się pasteloworóżowy, pudrowobeżowy, by pod wieczór zapaść w jakieś takie lawendowe szarości.

Struktura. Nitka mniej miękka w dotyku niż Malabrigo Rios. Bardziej… zwarta, nieco sznurkowata, ale przy tym wszystkim bardzo sprężysta. Całość miała szorstki efekt w dotyku, który na całe szczęście zniknął po namoczeniu i zblokowaniu. Myślę, że to też efekt wybranego przez mnie projektu – same oczka prawe i co czwarte przekładane bez przerabiania dają wypukły, wyraźny wzór. 

Całość splatałam w trakcie totalnego załamania odporności mojej i dzieci. To miało być przyjemne L4, w łóżku, z drutami, z książką i termosem herbaty z cytryną. Takie były plany. Skończyło się na bieganiu od łóżka do łóżka, podawaniu syropów, robieniu inhalacji, pocieszaniu i wycieraniu opuchniętych nosków. W przerwach siadałam do drutów i pociągając nosem robiłam najszybciej jak się da, żeby zdążyć przed zimowym wyjazdem koleżanki. Przy 120. centymetrze klęłam jak szewc i zarzekałam się, że już nigdy nie zrobię żadnego szalika. Przeklinałam nawet monotonię wzoru i Boże, jak ja tęskniłam do oczek lewych!

Skończyłam o czasie, zblokowałam i jak zwykle niezmiernie się zdziwiłam, że wełna może się tak rozciągnąć. W przypadku szalika większa szkoda się nie stała – wręcz przeciwnie – wyszedł długi, taki do opatulenia na dwa razy.









A na drutach już coś nowego. I tak, są oczka lewe!

2 komentarze:

  1. Przepiękny kolor! Fantastycznie podkreśla wzór szalika. Bardzo do siebie pasujecie, szalik, jego wzór i kolor:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Może i pasujemy, ale szalik już u koleżanki :) Dlatego nie mogłam odżałować i w tym samym kolorze zrobiłam komin dla s i e b i e :)

    OdpowiedzUsuń