15 czerwca 2017

Chcieć więcej



Internet przepełniony jest poradami jak ograniczyć dobra wokół nas, jak nie dać się zniewolić rzeczom, żeby w pełni zacząć żyć i czuć radość z otaczającego nas świata. Mniej przedmiotów to więcej wolności, więcej spokoju, więcej czasu dla siebie. Etiamsi omnes, ego non. Nurzam się więc w maksymalizmie dziewiarskim, z szuflad wysypują się motki, saszetka na druty ledwo się dopina i wiecie co? Nie zakłóca mi to harmonii w życiu. Jestem szczęśliwa. Mam wszystko. I mimo że mam wszystko, to chcę więcej. Więcej mieć i więcej potrafić. Narzucać na druty co rusz coś nowego, sprawdzać jak się w ręku nitka prowadzi, jak skręca się na kołowrotku, jak się farbuje, jak pachnie. Czy podgryza, czy miękka, czy dobrze znosi pranie


Dziś krótka opowieść o Człowieku, co w pełni tę moją potrzebę posiadania rozumie i pielęgnuje. Człowieku przez wielkie „C”, bo uwierzcie mi, rzadko zdarza się taka kumulacja dobroci, miłości i spokoju. Mój Teść, bo o nim mowa, jak nikt słucha i spełnia marzenia. Widząc moje kołowrotkowe zmagania, stworzył zestaw potrzebny każdej dziewiarce – parasolkę i nawijarkę, opierając się wyłącznie na zdjęciach ze sklepów dziewiarskich i filmach z YT. Większość z Was zapewne ma swoje, prosto ze sklepu. Ja nie mogłam się długo zebrać, żeby sobie kupić, zawsze w koszyku lądowały nowe motki, druty czy żyłki. Dziś wkraczam w nową erę dziewiarstwa - mam wreszcie własne, jedyne w swoim rodzaju, bo stworzone ręcznie, przez niego.



Ostatnie tygodnie przędę więc niespiesznie, potem blokuję na motowidle, zwijam w precle i wreszcie w motki. Zwolniłam tempo, chyba było mi to potrzebne. Nacieszam oko kolorami przędzonych nitek, wysysam ich energię, a w głowie powoli układam i porządkuję pomysły do zrealizowania.







I na koniec jeszcze jedno dzieło mojego Teścia. Domek dla dzieci. I dla mnie chyba też, bo to przecież moje marzenie z dzieciństwa, które podchwycił w trakcie którejś z wizyt, a potem mozolnie przez kilka miesięcy realizował w swoim warsztacie. Sami więc widzicie. Jak można chcieć mniej?


6 marca 2017

Pieśń lodu i ognia



Już nie pamiętam ile razy powtarzałam sobie, że złoto ze srebrem nie mogą iść w parze. Pilnowałam tego szczególnie w noszonej biżuterii i dodatkach. A dziś? Dziś mam wrażenie, że nie ma takich kolorów, które do siebie nie pasują. Dziś jestem przekonana, że to jednak odpowiednia forma (czyt. projekt), może spiąć pozornie nie grające ze sobą elementy w jedną spójną całość. Projekt, w którym miałam przyjemność uczestniczyć nauczył mnie, że warto bawić się kolorem i nie trzymać kurczowo narzuconych wcześniej zasad.

Mowa o szalu Angular (klik), projekcie Marzeny Kołaczek z bloga http://welnianemysli.blogspot.com/. Jestem niezwykłą szczęściarą, że miałam okazję przetestować ten wzór zanim oficjalnie pojawił się na Ravelry. 



Zanim zdecydowałam się na konkretne kolory, trochę czasu musiało minąć. Szal z założenia ma sprawiać efekt 3D i bardzo zależało mi na tym, żeby tego nie stracić. Marzena służyła dobrą radą, wysyłała zdjęcia motków, a ja pozabierałam dzieciom kredki i starałam się zebrać myśli. W końcu siadłam do komputera i tak powstała moja wersja: 


Szal wykonałam z Julie Asselin Fino i Piccolo i z ręką na sercu przyznam się, że ja już nie wiem czy kiedykolwiek zdecyduję się na zakup innej wełny. Początkowo wełna wydała mi się straszną cienizną i miałam poważne obawy czy taka mgiełka będzie w stanie mnie ogrzać w zimowy dzień. Dodatek kaszmiru czyni jednak cuda! Zdjęcia robiliśmy w ostatni naprawdę zimny weekend, a wiosny nie było jeszcze czuć w powietrzu. 





  

Taki szal jest obowiązkową pozycją w szafie każdego zmarzlucha. Można się nim omotać kilka razy i uwierzcie mi, zupełnie inaczej patrzy się już na stalowe niebo.

Z resztek Fino Parchemin zrobiłam sobie prostą czapkę. Po raz pierwszy w życiu nie patrzyłam na żadne wzory, nie śledziłam żadnego przepisu. Miało być klasycznie, spokojnie, miało się nie gryźć z geometrycznym szalem. Chociaż Internet jest przesycony takimi projektami, ten traktuję jak swoje własne dziecko.

Angular wymagał dużej gimnastyki podczas blokowania. Ale kiedy już nadałam mu odpowiedni kształt, zdecydowanie trafił na półkę „Moje ulubione” (też macie taką półkę w szafie?). 


A niedługo na drutach projekt, który ma wiele wspólnego z nośnym niedawno hasłem Hygge... Bądźmy w kontakcie!

12 lutego 2017

Wszystko czerwone czyli przeganiamy zimę



Z robieniem na drutach jest trochę jak z grą na instrumencie. Chcesz osiągnąć dobry poziom, musisz ćwiczyć. Zanim zaczniesz grać tylko to co ci się podoba, musisz opanować podstawy, przejść przez te wszystkie gamy i niemelodyjne wprawki. Ja chcę być coraz lepsza w tym co robię. Jest jeszcze tyle technik, których nie próbowałam i takich, które spróbowałam, ale nie wychodzą mi dobrze. Chyba taka myśl mi przyświecała, kiedy na następny projekt wybrałam chustę Sonay projektu Justyny Lorkowskiej. Chustę piękną, ciekawą, ale zupełnie nie pasującą do mojego stylu i charakteru. Skusiły mnie różne wariacje na jej temat na stronie Ravelry, skusił mnie jej trójkątny kształt, ozdobna koronka i przepiękny wzór liści wzdłuż jednego z boków. I dopiero kiedy blokowałam projekt zdałam sobie sprawę, że te wszystkie ozdobniki są nie dla mnie, że ja chyba jednak wolę proste formy podkreślone ekskluzywnością samej włóczki lub kombinacją pozornie nie pasujących do siebie kolorów.




Chusta powstała pod wpływem wpisu Herbimanii, która pod hasłem #wszystkoczerwone ogłosiła walkę z szarzyzną zimy i tak bardzo doskwierającym mi deficytem słońca (klik). Projekt mógł być jakikolwiek, byle czerwony. Wybrałam Drops Nepal. Niezwykle miękką kombinację wełny i alpaki w przepięknym bordowym kolorze. Sonay w projekcie oryginalnym jest dwukolorowy, ja lubię upraszczać formy, pozostałam więc tylko przy czerwieni.




Sam projekt mimo trudnego początku okazał się niezwykle wdzięczny i prosty. Nie wiem czy ktokolwiek z Was dzierga według opisu tekstowego czy według rozrysowanych schematów. Ja zawsze czytałam opis. Tutaj nagle szaleństwo – nie da się tego zebrać w logiczną całość na jednej stronie. Szukałam odpowiednich fragmentów na kilku różnych stronach, w międzyczasie zgubiłam jeden narzut, wszystko się nagle rozjechało i spędziłam urocze 2 godziny na klęczkach szukając jednego małego błędu. Znalazłam też błąd w samym opisie projektu. Uwaga, informacja dla szaleńców, którzy wolą się jednak trzymać tekstu niż diagramów. Leafy Motif part one, row 57 (RS) ma za długi opis, nie zgadzający się z diagramem. Zanim to zrozumiałam ślęczałam nad tym chyba godzinę, liczyłam oczka, kilka razy sprułam. Miałam już pisać do autorki apel o pomoc, ale zerknęłam na poprawnie rozrysowany schemat i nagle mnie olśniło. Od tego momentu patrzyłam już tylko na diagram i wszystko nagle ułożyło się w jedną logiczną całość.

Mam więc pierwszą klasyczną chustę. Trochę babciną. Miękką. Ciepłą. Czy się lubimy? Tak, trochę tak, ale nie jest to miłość bezgraniczna. Czy żałuję, że ją zrobiłam? Nie, bo dużo się nauczyłam.



Zdjęcia w domowych pieleszach. Bo leczę przeziębienie-przeziębienia-przeziębienia. Serio, nie wiedziałam, że coś takiego jest możliwe, ale wychodzi na to, że jestem ciekawym przypadkiem osobnika BEZ układu immunologicznego. Sesję wspomogło młodsze dziecko również walczące z wirusami. Wspólnymi siłami chusta została uwieczniona.








 


A teraz? Teraz nagroda. Na drutach mój pierwszy test projektu. Forma niezwykle prosta i nowoczesna, podkreślona obłędnymi kolorami i miękkością mieszanki merino, kaszmiru i jedwabiu. Ale o tym sza.